Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 listopada 2012
Najpierw czarowali na koncertach, teraz czas na płytę. Recenzja debiutu Zebry.
Doskonale pamiętam moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Zebry. Było to w styczniu tego roku, kiedy w toruńskim klubie Od Nowa, gdzie pracowałam jako fotograf, odbyła się kolejna edycja Afryka Reggae Festiwal. Fantastyczny klimat, ludzie oraz przyznam nieskromnie – moje ujęcia. Wspominałabym ten moment przez następne kilka lat jako przyjemnie spędzony czas, okraszony szybko wpadającą do ucha muzą, jednak kiedy na scenie jednego z wieczorów festiwalu pojawiła się Zebra, świat na chwilę zawirował mi przed oczyma. Matko Boska i Wszyscy Święci! Co to jest?! Wiele zespołów na żywo słyszałam, ale dawno żaden z nich nie sprawił, że musiałam szukać na podłodze swojej szczęki, która spadła mi z powodu oniemienia. I pewnie nie tylko mnie.
Zebra bowiem z polską publiką robi co chce – muzyczny obłęd, zatracenie się słuchacza w elektronicznych i psychodelicznych wręcz brzmieniach nie należy do rzadkości na koncertach formacji. Audytorium nie pozostawało obojętne i domagało się płyty. Wydane na dniach ”Electronic Heart” to jednak nie tylko pierwsza długogrająca płyta lubianego przez festiwalową publikę zespołu. To przede wszystkim efekt żmudnej pracy i dochodzenia do celu dość nietypową jak na nasze realia drogą. Wieloletnie wypracowywanie sobie marki poprzez świetne koncerty? Gdzie tam. Lepiej zajrzeć na kilka castingów do programów typu talent show i w mig wypromować swoją twórczość (a przy okazji nieco mniej twórczych, ale żądnych popularności jurorów) i ogrzać się w świetle szybko gasnących reflektorów. A nuż się uda. Zebra postanowiła inaczej. Co zresztą czuć na płycie zaraz po jej włączeniu. Nie ma tu miejsca na zbędne przygrywki dla masowego widza. ”Electronic Heart” to sprawny i błyskotliwy eksperyment z muzyką dub i reggae, w które włożone zostały równie ogromne pokłady energii, jakie zaobserwować możemy na koncertach formacji.
Nawet mało wyróżniający się z tłumu głos Natalii Norko to w tym przypadku kamień milowy – to, co wokalistka (i po trochu także studyjne eksperymenty) robi ze swoimi strunami głosowymi przekracza nasze wyobrażenie o ”śpiewaniu”. Przyzwyczajeni do grzecznych i przewidywalnych fraz wyśpiewywanych przez promowane w radio piosenkarki, możemy doznać nie małego szoku. Ale to ”jedynie” kolejny smaczek czekający na tym albumie. Co wyda się jeszcze bardziej interesujące dla wiernych fanów Zebry – od początku intra do ostatnich dźwięków ”Ananke” nikt nie powinien mieć wątpliwości, że krążek obracający się w naszym odtwarzaczu to dzieło Zebry.
Lata koncertowego praktykowania zrobiły swoje – zespół posiada obecnie już tak niezwykle charakterystyczne brzmienie i maniery (w pozytywnym sensie znaczenia tego słowa), że nie sposób pomylić formacji z żadną inną kapelą. A co ciekawsze, bandowi udało się po części zachować na krążku tę magiczną i enigmatyczną aurę, jaką roztaczają nad słuchaczami na koncertach. Piszę po części, bo chyba nigdy nie odważę się powiedzieć, że muzyka z płyty zastąpi to, co dzieje się na żywo. I sądzę, że koncertowi maniacy szybko zrozumieją, co mam na myśli. Co do ”Electronic Heart” - nie mam już obaw o tę kapelę. Oni ze mną już w styczniu zrobili swoje. Pozostaje mi tylko z uśmiechem na twarzy przyglądać się poczynaniom zespołu i jej dalszemu rozwojowi. Będzie ciekawie, oj będzie…
sobota, 30 czerwca 2012
Eklektyczny power od Echoe. Recenzja wrocławskiego debiutu
Powiedzieć, że Echoe gra inaczej niż wszyscy byłoby lekkim niedopowiedzeniem. Ich debiut na rynku trzeba wziąć w ramkę i zintensyfikować, a ich płytę podsunąć ludziom siedzącym za mikrofonami rockowych stacji radiowych w Polsce. Nie dlatego, że Echoe to zespół, który pokazuje jak mają grać współczesne zespoły progresywne, ale dlatego by zademonstrować jak MOŻNA fajnie i ciekawie bawić się muzyką, nie zmykając się w schematycznych bunkrach.
Miałam niedawno to (nie)szczęście słuchać kilku bandów grających wręcz rewelacyjnie. Ale tylko pod względem technicznym. Niestety zachwytów nad pomysłem, innowacyjnością grania czy emocjami nie było. Echoe okazał się kompletnym zaprzeczeniem moich ostatnich doświadczeń. Wrocławska formacja to w zasadzie tak dziwna i eklektyczna mieszanka muzyczna, że pierwszy odsłuch wprawił mnie w lekkie osłupienie. Może nie na tyle by zapytać samej siebie ''co to w ogóle jest?", ale na pewno na tyle by wsłuchać się w ten album co najmniej kilkanaście razy. To co razu przykuło moją uwagę, a co jednocześnie jest też muzycznym skojarzeniem, do którego przyznanie się może skończyć się dla mnie stosem to Pink Floyd. Tak, właśnie z tym najwspanialszym moim zdaniem zespołem poniekąd kojarzą mi się niektóre rozwiązania muzyczne jakich ima się Echoe. Doskonałym tego przykładem jest ''Captive'', które z harmonijnego i zrównoważonego utworu zmienia kilka razy rytm, by w końcu przejść do świetnie poprowadzonej na gitarze kody. To co jednak dzieje się po 2 pierwszych minutach tego utworu jest już kunsztownym popisem pomysłowości i gry zespołu - psychodeliczny śmiech, wyrazista perkusja i coraz rzadsze już dziś zestawienie dobrej gry na gitarze z klawiszami w tle. Jednym słowem - majstersztyk. Podobnie, choć już nie tak zachwycająco, sprawa ma się z dość pompatycznym "Feast Divine", na którego trudno nie zwrócić uwagi.
Dobrze rzecz ma się także z mocno funkowymi utworami, takimi jak znany już słuchaczom "Indiana Jones" czy otwierającym album "Kornishawn". To co jednak zaabsorbowało moją uwagę już na samym początku i nie dało o sobie zapomnieć przy każdym przesłuchaniu krążka, to niezwykła elastyczność wokalisty, który doskonale wręcz dostraja się do tej muzycznej różnorodności. Silny głos Michała Szablowskiego fantastycznie odnajduje się w bardzo niskich jak i niezwykle wysokich tonacjach, nie bojąc się wokalnych eksperymentów przez co krążek zyskuje na kolorze.
Jedyne co mnie w zasadzie martwi, a może raczej zastanawia to publiczność. W jakich odbiorców celuje wrocławska formacja? Na pewno w tych mających raczej dość wysublimowane gusta. Ale czy te gusta są przygotowane na taką muzyczną mieszankę gatunkową? Cóż, mam nadzieję, że są, bo głupio byłoby przegapić tak intrygujący i osobliwy debiut na polskiej scenie.
Miałam niedawno to (nie)szczęście słuchać kilku bandów grających wręcz rewelacyjnie. Ale tylko pod względem technicznym. Niestety zachwytów nad pomysłem, innowacyjnością grania czy emocjami nie było. Echoe okazał się kompletnym zaprzeczeniem moich ostatnich doświadczeń. Wrocławska formacja to w zasadzie tak dziwna i eklektyczna mieszanka muzyczna, że pierwszy odsłuch wprawił mnie w lekkie osłupienie. Może nie na tyle by zapytać samej siebie ''co to w ogóle jest?", ale na pewno na tyle by wsłuchać się w ten album co najmniej kilkanaście razy. To co razu przykuło moją uwagę, a co jednocześnie jest też muzycznym skojarzeniem, do którego przyznanie się może skończyć się dla mnie stosem to Pink Floyd. Tak, właśnie z tym najwspanialszym moim zdaniem zespołem poniekąd kojarzą mi się niektóre rozwiązania muzyczne jakich ima się Echoe. Doskonałym tego przykładem jest ''Captive'', które z harmonijnego i zrównoważonego utworu zmienia kilka razy rytm, by w końcu przejść do świetnie poprowadzonej na gitarze kody. To co jednak dzieje się po 2 pierwszych minutach tego utworu jest już kunsztownym popisem pomysłowości i gry zespołu - psychodeliczny śmiech, wyrazista perkusja i coraz rzadsze już dziś zestawienie dobrej gry na gitarze z klawiszami w tle. Jednym słowem - majstersztyk. Podobnie, choć już nie tak zachwycająco, sprawa ma się z dość pompatycznym "Feast Divine", na którego trudno nie zwrócić uwagi.
Dobrze rzecz ma się także z mocno funkowymi utworami, takimi jak znany już słuchaczom "Indiana Jones" czy otwierającym album "Kornishawn". To co jednak zaabsorbowało moją uwagę już na samym początku i nie dało o sobie zapomnieć przy każdym przesłuchaniu krążka, to niezwykła elastyczność wokalisty, który doskonale wręcz dostraja się do tej muzycznej różnorodności. Silny głos Michała Szablowskiego fantastycznie odnajduje się w bardzo niskich jak i niezwykle wysokich tonacjach, nie bojąc się wokalnych eksperymentów przez co krążek zyskuje na kolorze.
Jedyne co mnie w zasadzie martwi, a może raczej zastanawia to publiczność. W jakich odbiorców celuje wrocławska formacja? Na pewno w tych mających raczej dość wysublimowane gusta. Ale czy te gusta są przygotowane na taką muzyczną mieszankę gatunkową? Cóż, mam nadzieję, że są, bo głupio byłoby przegapić tak intrygujący i osobliwy debiut na polskiej scenie.
piątek, 15 czerwca 2012
Kultura czerpania czy wyczerpania?
Czy słuchając muzyki współczesnych artystów macie czasem wrażenie, że gdzieś już to słyszeliście? Oczywiście, że tak i to zapewne dość często. Czy kultura jest dziś naprawdę na ideowym wyczerpaniu? Jest z nią aż tak źle, jak się nam wydaje?
Wielu zwolenników i popularyzatorów wyznaje poglądy Waltera Benjamina, które zawarł w jednym ze swoich najpopularniejszych szkiców - ''Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej". Jego teoria, mówiąca o tym, jakoby technologia wyniszczała piękno i ową tajemniczą ''aurę'' dzieł sztuki, wydaje się być łatwa do zaobserwowania w rzeczywistości. Masowe powielanie dzieł sztuki i ich często pozbawione świadomości konsumowanie, napawa odrazą nie tylko tego niemiecko-żydowskiego filozofa, ale także samych artystów, którzy widzą powolny rozkład kultury wyższej, na koszt tej niskiej. I choć sami ową kulturą masową i ''tanią'' rozrywką się brzydzą, nie mają żadnej władzy nad tym, by się od niej odciąć. W dobie tak szybko rozwijającej się komunikacji społecznej oraz internetu, nie sposób nie brać udziału w kształtowaniu kultury masowej. Co ważne — powstała ona z naszej chęci czynnego udziału w jej kształtowaniu. Dlaczego zatem pchamy się w tworzenie czegoś, do czego brak nam wiedzy i kompetencji? Sztuka, jak ukazują w ''Dialogu o sensowności uprawiania estetyki'' profesorowie Morawski i Kołakowski, przeznaczona powinna być ludziom nie tylko posiadającym usystematyzowaną wiedzę na jej temat, ale też tym, którzy posiadają warsztat wyniesiony ze szkół artystycznych. Jak mówi profesor Leszek Kołakowski, ''artysta, który nie potrafi przezwyciężyć szkoły, ujawnia tym samym, że jest artystą miernym, ale dla każdego artysty szkoła jest niezbędna, ponieważ wyrażanie siebie w sposób autentyczny może się dokonać tylko przez świadomie negatywne samookreślenie wobec zastanych sposobów wyrażania''.
"Namnożenie'' się odbiorców w kulturze jest niemalże proporcjonalne do wyrastania, niczym grzyby po deszczu, artystów we wszystkich dziedzinach sztuki. Media i ich rozwój sprawiają, że dotarcie do sztuki wszelkiej maści, ba, nawet stworzenie czegoś, co wcale nie musi być dziełem, i tak znajdzie głosy zachwytu. Nie tylko masy korzystają z dobrodziejstw mediów elektronicznych, bo któryż z poważnych artystów nie ma dziś swojej strony internetowej? Sieć może być zbawieniem i dla bardziej wyrafinowanego odbiorcy, służąc mu jako mapa po świecie kultury. Tej jednak trzeba po prostu szukać z nieco większym wysiłkiem niż rozrywki, którą spotkać możemy, otwierając pierwszą lepszą stronę. Ale tym właśnie wedle Benjamina, i nie tylko, jest kultura wyższa - czymś trudno dostępnym i przeznaczonym nie dla każdego. Nie można zatem jednoznacznie stwierdzić o szkodzie, jaką technologia poczyniła wobec kultury wyższej, tak jak nie można, moim zdaniem, sprowadzać jej jedynie do kwestii finansowej. Nie tylko pieniądz i dostępność stanowi czynnik jej wyższości, ale pewne nieuchwytne i trudne do zdefiniowana wartości estetyczne. Co z tego, kiedy możemy wybrać się do Luwru i oglądać najbardziej znany zbiór dzieł sztuki na świecie, kiedy nasza wiedza na temat estetyki i sztuki równa się zeru? Co prawda, mamy tu do czynienia z więzią i autentycznością, o której pisze w swoim szkicu Walter Benjamin, nie są to jednak czynniki zupełnie wystarczające do zrozumienia dzieła. Słynna ''Mona Lisa'' Leonarda da Vinci, którą możemy zobaczyć w Luwrze, stała się dziś popkulturowym obiektem czci, który wyłączył niejako jej walory artystyczne.
Te za to są coraz częściej i głośniej przez krytyków sztuki negowane. Oczywiście, niebywałe zasługi mają tutaj media oraz sztuka współczesna, która bezlitośnie drwi sobie z kanonów, bawiąc się nimi, wyrywając je z kontekstu i doprowadzając do absurdu. Użyte niegdyś przez Johna Bartha określenie ''literatura wyczerpania'' zdaje się pasować nie tylko i do samej literatury, a także i innych dziedzin sztuki. Zresztą hasło te szybko zrobiło zawrotną karierę w kręgach artystów wszelkiej maści, którzy terminem tym zaczęli niemalże bronić się przed krytyką mediów i publiczności, zarzucających im coraz częściej wtórność i artystyczną nudę. Najciekawszym i najbliższym memu sercu przykładem współczesnego zabawiania się kanonami i czerpaniem pełnymi garściami z przeszłości jest muzyka, która dziś nawet dla przeciętnego słuchacza, szczególnie tego starszego, może być idealnym przykładem kolokwialnego powiedzenia, że „tak naprawdę wszystko już było."
Zjawiskiem, które doskonale obrazuje te czasy jest choćby amerykańska piosenkarka o włoskich korzeniach — Lady Gaga. Ta nie bojąca się przyznać do swoich „inspiracji" artystka, jest swojego rodzaju śmietnikiem współczesnej popkultury, za który sama omen nomen się uważa. Od początku swojej kariery konsekwentnie przebiera w najróżniejszego rodzaju stylach i gustach, mieszając ze sobą dosłownie wszystko — od rocka po jazz i na gotyku kończąc. Oczywiście tą różnorodność muzyczną wsadza w popowe opakowanie, które łatwiej jest sprzedać typowemu słuchaczowi. Wszystko to przeistacza w parodię, zabawę i ironię. Niczego nie bierze na poważnie. Co ciekawe jej eksperymenty nie kończą się jedynie na muzyce, ale wręcz przeciwnie — to na niej się dopiero zaczynają.
Bo Gaga to także instytucja, która „produkuje" pomysły na modę, zachowanie czy wizerunek. Sprawnie wykreowany kicz, sprzedaje jako sztukę, bo jak sama twierdzi chce pełnić rolę „młota, który będzie wbijał ludziom do głowy, że pop to też sztuka". Ale to przecież uwodnili już przed nią Madonna czy Michael Jackson. Gaga ma jedynie zaszczyt kontynuować ich dzieło, przez co od początku kariery jest do Królowej i Króla Popu porównywana. Sama powoli rozsiada się owym tronie, który jeszcze kilka lat temu bezapelacyjnie zajmowała Madonna. Świat i media nie protestują, bo Lady Gaga dała muzyce rozrywkowej to, czego od wielu lat jej brakowało — świeżości, kontrowersji, szaleństwa. Gaga zapewnia nam to wszystko wręcz w nadmiarze. Nawet zatwardziali krytycy oddają nieraz honor jej pomysłom i połączeniom jakich ima się artystka. Choć wszystko co robi za każdym razem mocno ociera się o kicz, jest to kicz podany na pięknej tacy. To właśnie Lady Gaga (bądź też ludzie, którzy pomagają w kreowaniu jej wizerunku, bo nie oszukujmy się — na pewno ich posiada) , a nie inne artystki, są tematem prac naukowych czy nawet kursów uniwersyteckich jakie tworzone są miedzy innymi na uczelniach w USA
Czy jej sukces wynika z nudy jaka w popie panował od dobrych kilku lat czy też nie, jest to niewątpliwie postać godna uwagi głównie ze względu na błyskawiczny sukces jaki osiągnęła w zaledwie trzy lata, a na który Madonna czekała prawie 10 lat. Oczywiście czas w jakim obie panie tworzyły ma wielkie znaczenie. Gaga jest artystką You Tube, My Space czy innych portali społecznościowych, jakich jeszcze kilkanaście lat temu nie było. Media elektroniczne pozwoliły jej na szybkie wejście na szczyt, a teraz ich umiejętne wykorzystywania pozwala jej na nim pozostać. Jeżeli dziś swoje lata świetności przeżywałby Michael Jackson, to pewnie on pierwszy doszedłby do miliarda wyświetleń swoich teledysków w serwisie You Tube, niż Lady Gaga, której jakiś czas temu udało się dokonać tego czynu. Nie brak oczywiście pod adresem piosenkarki ostrych, a czasem wręcz miażdżących słów krytyki. Jak pisze krytyczka kultury Camila Paglia, Gaga to sztucznie wykreowana i przerysowana postać, której gwiazda tak jak szybko zapłonęła, tak równie szybko zgaśnie, ciągnąc za sobą na dno muzykę pop. Feministyczna dziennikarka dodaje też:
"Każda piosenka, teledysk i występ Gagi jest poddany teatralizacji, radykalnie przerysowany, by zdusić ludzką wyobraźnię. Gaga reprezentuje pop totalitarny — chce mieć władzę nad wszystkimi aspektami twórczości i pragnieniami odbiorców. Fantazja ludzi, ich nieprzewidywalne i zmieniające się potrzeby są dla niej groźne. Dlatego stara się je tłamsić, używając hiperformy.''
Innym razem oskarża Lady Gagę o zwyczajną kradzież pomysłów innych artystów:
„Wszystko, co do tej pory pokazała, było użyciem cudzych pomysłów, bezwzględnym recyklingiem, który jeszcze niedawno nazywano pospolitym złodziejstwem. Ale czasy się zmieniły, a wirtualnemu robotowi trudno zarzucać kradzież. (...) Przebojowe piosenki i towarzysząca im oprawa to wyniesiona na piedestał tandeta — camp poddany gloryfikacji, uświęcony akceptacją najmłodszych odbiorców, którzy nie mają dość wiedzy, by przejrzeć trik. Nowe dzieci popu nie znają historii. Świat zwala im na głowę tyle atrakcji, że nie mają czasu wyobrazić sobie niczego poza "tu i teraz"
Ostre słowa feministki nie są jedyną naganą jaką Lady Gaga otrzymała od krytyków. W podobnym tonie o piosenkarce wypowiadało się już wielu cenionych naukowców z nauk humanistycznych, dziennikarzy czy nawet innych artystów. Argumenty przeciw piosenkarce są coraz poważniejsze: promowanie seksizmu i stereotypów płciowych, degradacja wizerunku kobiety w kulturze czy nadmierne epatowanie seksualnością, która w konsekwencji prowadzi do zanikania granic wyznaczonych przez kulturę i tradycję. Nie ma się zatem co dziwić kiedy feministki obruszają się, widząc półnagą Gagę, która krzyczy do fanów ze sceny by poczuli się wolni i wyzwoleni. Podobnie było z Madonną; może i obie nie są pięknościami, jednak każda z nich sukces okupiła własnym ciałem i seksualnością, a nie na tym przecież wedle feministek ma polegać równouprawnienie. Gaga choć wolna i wyzwolona, sama uwięziona jest w wizerunku kobiety, która nie wyjdzie z domu bez butów poniżej 15 cm koturna czy makijażu. Zawsze może przekonywać i tak właśnie zresztą robi, że to jaką ją widzimy na scenie czy w teledyskach jest nie tylko jej scenicznym wizerunkiem, ale także nią samą. Nie kłóci się to jednak z argumentami, że artystka promuje się za pomocą seksualności tak nachalnie i ekspansywnie jakby nie miała już innych pomysłów na pokazanie siebie.
W Polsce zatwardziałą przeciwniczką twórczości i działalności Lady Gagi jest dziennikarka pisząca między innymi dla "Rzeczpospolitej'' - Paulina Wilk. Ta wprost nazywa ją wrogiem publicznym numer jeden, twierdząc, że Gaga to tylko marna kopia Madonny, która poza kontrowersyjnymi zachowania nie ma słuchaczowi nic do zaoferowania. Nieco błędne staje się to myślenie zważywszy na fakt, iż muzyka artystki bije dziś wszelkie rekordy popularności. Choć najnowsza płyta „Born This Way" nie zbiera aż tak pochlebnych recenzji jak jej poprzedniczki, krążkowi i tak udało się w przeciągu zaledwie tygodnia od dnia premiery sprzedać ponad 2 miliony egzemplarzy swojego albumu, a obecnie liczba ta oscyluje w granicach 5 milionów. Dziennikarze chętnie polemizują z ta liczbą, tłumacząc, że fani i tak kupią wszystko co sygnowane jest jej pseudonimem. Takim argumentem posługuje się polski dziennikarz Wojciech Przylipiak, w swojej recenzji płyty dla „Dziennika", pisząc:
"Lady Gaga niespecjalnie musi się przejmować tym, co nagra, bo jej fani i tak kupią wszystko, co nosi jej inicjały. Amerykanka nie funkcjonuje już w świecie jako wokalistka, tylko jako marka, jak chociażby Coca-Cola albo Madonna.''
Dalej porównuje samą Gage do Davida Hasselhoffa, twierdząc, że artystka skończy bardzo szybko w podobnym gronie, jak ta, której kicz już się znudził:
"David swoją dotychczasową karierą i wyglądem zapracował na niepoważne traktowanie. Gdyby nawet założył najdroższy garnitur i zaśpiewał dla ofiar trzęsienia ziemi w Japonii, nie pozbędzie się swojego drewnianego, plastikowego emploi. Podobny problem może mieć szybko GaGa. Okrywanie się mięsem i tańce w staniku mogą szybko spowodować, że nie będzie brana poważnie. Od tego krok do stania się pośmiewiskiem.''
Czy Madonna była wyśmiewana kiedy zakładała na siebie słynny spiczasty stanik albo roznegliżowana paradowała po scenie i nie tylko? Gwiazda takiego formatu zawsze miała swoich przeciwników, którzy z uporem maniaka chętnie zwalczają nieco bardziej drażniących ich artystów. Szczególnie rzecz ta się tyczy środowisk katolickich, które czują się obrażane przez wypowiedzi, teksty czy teledyski Gagi czy Madonny. Dziennikarze także nie pozostają im dłużni — czasem wręcz uporczywie brną w swojej niechęci do artystek, co na dłuższą metę staje się uciążliwe. Wspomniana Paulina Wilk, pisząc recenzję koncertu Prince’a na Opene'rze śmiało stwierdziła, że to najważniejsze od dwóch lat wydarzenie muzyczne od czasu występu Madonny, pomijając skrzętnie koncert Lady GaGi w naszym kraju z 2010 roku. Zważając na fakt jak wielkie zamieszanie spowodował występ Gagi w Polsce jest to rzecz wynikając chyba jedynie z antypatii jaką żywi żurnalistka do artystki. Co ciekawe ''Rzeczpospolita'' dla której pisze Wilk, jest gazetą, która niezwykle często o Lady Gadze pisze...
Bądź co bądź obie są mistrzyniami w nawiązywaniu do symboliki chrześcijańskiej i jej wyśmiewaniu albo parodiowaniu. Gaga do tego wykorzystuje ją nagminnie do walki z homofobią, krzycząc do zebranych na koncertach fanów, że "Jezus kocha wszystkich i gdyby żył to sam organizowałby parady równości''. Gaga posunęła się dalej niż Madonna i swoją seksualność i popularność wykorzystuje do walki o równouprawnienie. Woli jednak powalczyć z wrogiem już leżącym — chrześcijanie to łatwy cel, od lat stojący pod obstrzałem środowisk LGTB. Natomiast jej wypowiedzi o krajach islamskich gdzie przecież na homoseksualistach wykonuje się egzekucje, są niezwykle stonowane i rzadkie. Podobnie zresztą było z Madonną — często zabawiała się krzyżami, raz je paląc, raz sama się na nich krzyżując, zapewniając przy tym, że jest głęboko wierzącą katoliczką i kocha Boga. Lady Gaga wykorzystuje niemalże identyczne patenty Królowej Pop, czerpiąc garściami ze spadku jaki otrzymała od Madonny. Czy komukolwiek to przeszkadza? Nie, kiedy na scenie brak piosenkarek, o których można by długo dyskutować przy kawie czy piwie. Gaga nam tę rozrywkę właśnie zapewnia, mimo, że nawet niezbyt obeznany w historii muzyki słuchacz, dojrzy z jakich elementów jest stworzona artystka. Oczywiście zamyka się to w granicach kiedy nasze dyskusje dotyczą tylko i wyłącznie o muzyce rozrywkowej, bo przecież grzechem byłoby miłośnikowi muzyki zatrzymywać się na Lady Gadze...
Artykuł pierwotnie ukazał się na portalu Racjonalista.pl w 2011 roku.
Wielu zwolenników i popularyzatorów wyznaje poglądy Waltera Benjamina, które zawarł w jednym ze swoich najpopularniejszych szkiców - ''Dzieło sztuki w dobie reprodukcji technicznej". Jego teoria, mówiąca o tym, jakoby technologia wyniszczała piękno i ową tajemniczą ''aurę'' dzieł sztuki, wydaje się być łatwa do zaobserwowania w rzeczywistości. Masowe powielanie dzieł sztuki i ich często pozbawione świadomości konsumowanie, napawa odrazą nie tylko tego niemiecko-żydowskiego filozofa, ale także samych artystów, którzy widzą powolny rozkład kultury wyższej, na koszt tej niskiej. I choć sami ową kulturą masową i ''tanią'' rozrywką się brzydzą, nie mają żadnej władzy nad tym, by się od niej odciąć. W dobie tak szybko rozwijającej się komunikacji społecznej oraz internetu, nie sposób nie brać udziału w kształtowaniu kultury masowej. Co ważne — powstała ona z naszej chęci czynnego udziału w jej kształtowaniu. Dlaczego zatem pchamy się w tworzenie czegoś, do czego brak nam wiedzy i kompetencji? Sztuka, jak ukazują w ''Dialogu o sensowności uprawiania estetyki'' profesorowie Morawski i Kołakowski, przeznaczona powinna być ludziom nie tylko posiadającym usystematyzowaną wiedzę na jej temat, ale też tym, którzy posiadają warsztat wyniesiony ze szkół artystycznych. Jak mówi profesor Leszek Kołakowski, ''artysta, który nie potrafi przezwyciężyć szkoły, ujawnia tym samym, że jest artystą miernym, ale dla każdego artysty szkoła jest niezbędna, ponieważ wyrażanie siebie w sposób autentyczny może się dokonać tylko przez świadomie negatywne samookreślenie wobec zastanych sposobów wyrażania''.
"Namnożenie'' się odbiorców w kulturze jest niemalże proporcjonalne do wyrastania, niczym grzyby po deszczu, artystów we wszystkich dziedzinach sztuki. Media i ich rozwój sprawiają, że dotarcie do sztuki wszelkiej maści, ba, nawet stworzenie czegoś, co wcale nie musi być dziełem, i tak znajdzie głosy zachwytu. Nie tylko masy korzystają z dobrodziejstw mediów elektronicznych, bo któryż z poważnych artystów nie ma dziś swojej strony internetowej? Sieć może być zbawieniem i dla bardziej wyrafinowanego odbiorcy, służąc mu jako mapa po świecie kultury. Tej jednak trzeba po prostu szukać z nieco większym wysiłkiem niż rozrywki, którą spotkać możemy, otwierając pierwszą lepszą stronę. Ale tym właśnie wedle Benjamina, i nie tylko, jest kultura wyższa - czymś trudno dostępnym i przeznaczonym nie dla każdego. Nie można zatem jednoznacznie stwierdzić o szkodzie, jaką technologia poczyniła wobec kultury wyższej, tak jak nie można, moim zdaniem, sprowadzać jej jedynie do kwestii finansowej. Nie tylko pieniądz i dostępność stanowi czynnik jej wyższości, ale pewne nieuchwytne i trudne do zdefiniowana wartości estetyczne. Co z tego, kiedy możemy wybrać się do Luwru i oglądać najbardziej znany zbiór dzieł sztuki na świecie, kiedy nasza wiedza na temat estetyki i sztuki równa się zeru? Co prawda, mamy tu do czynienia z więzią i autentycznością, o której pisze w swoim szkicu Walter Benjamin, nie są to jednak czynniki zupełnie wystarczające do zrozumienia dzieła. Słynna ''Mona Lisa'' Leonarda da Vinci, którą możemy zobaczyć w Luwrze, stała się dziś popkulturowym obiektem czci, który wyłączył niejako jej walory artystyczne.
Te za to są coraz częściej i głośniej przez krytyków sztuki negowane. Oczywiście, niebywałe zasługi mają tutaj media oraz sztuka współczesna, która bezlitośnie drwi sobie z kanonów, bawiąc się nimi, wyrywając je z kontekstu i doprowadzając do absurdu. Użyte niegdyś przez Johna Bartha określenie ''literatura wyczerpania'' zdaje się pasować nie tylko i do samej literatury, a także i innych dziedzin sztuki. Zresztą hasło te szybko zrobiło zawrotną karierę w kręgach artystów wszelkiej maści, którzy terminem tym zaczęli niemalże bronić się przed krytyką mediów i publiczności, zarzucających im coraz częściej wtórność i artystyczną nudę. Najciekawszym i najbliższym memu sercu przykładem współczesnego zabawiania się kanonami i czerpaniem pełnymi garściami z przeszłości jest muzyka, która dziś nawet dla przeciętnego słuchacza, szczególnie tego starszego, może być idealnym przykładem kolokwialnego powiedzenia, że „tak naprawdę wszystko już było."
Zjawiskiem, które doskonale obrazuje te czasy jest choćby amerykańska piosenkarka o włoskich korzeniach — Lady Gaga. Ta nie bojąca się przyznać do swoich „inspiracji" artystka, jest swojego rodzaju śmietnikiem współczesnej popkultury, za który sama omen nomen się uważa. Od początku swojej kariery konsekwentnie przebiera w najróżniejszego rodzaju stylach i gustach, mieszając ze sobą dosłownie wszystko — od rocka po jazz i na gotyku kończąc. Oczywiście tą różnorodność muzyczną wsadza w popowe opakowanie, które łatwiej jest sprzedać typowemu słuchaczowi. Wszystko to przeistacza w parodię, zabawę i ironię. Niczego nie bierze na poważnie. Co ciekawe jej eksperymenty nie kończą się jedynie na muzyce, ale wręcz przeciwnie — to na niej się dopiero zaczynają.
Bo Gaga to także instytucja, która „produkuje" pomysły na modę, zachowanie czy wizerunek. Sprawnie wykreowany kicz, sprzedaje jako sztukę, bo jak sama twierdzi chce pełnić rolę „młota, który będzie wbijał ludziom do głowy, że pop to też sztuka". Ale to przecież uwodnili już przed nią Madonna czy Michael Jackson. Gaga ma jedynie zaszczyt kontynuować ich dzieło, przez co od początku kariery jest do Królowej i Króla Popu porównywana. Sama powoli rozsiada się owym tronie, który jeszcze kilka lat temu bezapelacyjnie zajmowała Madonna. Świat i media nie protestują, bo Lady Gaga dała muzyce rozrywkowej to, czego od wielu lat jej brakowało — świeżości, kontrowersji, szaleństwa. Gaga zapewnia nam to wszystko wręcz w nadmiarze. Nawet zatwardziali krytycy oddają nieraz honor jej pomysłom i połączeniom jakich ima się artystka. Choć wszystko co robi za każdym razem mocno ociera się o kicz, jest to kicz podany na pięknej tacy. To właśnie Lady Gaga (bądź też ludzie, którzy pomagają w kreowaniu jej wizerunku, bo nie oszukujmy się — na pewno ich posiada) , a nie inne artystki, są tematem prac naukowych czy nawet kursów uniwersyteckich jakie tworzone są miedzy innymi na uczelniach w USA
Czy jej sukces wynika z nudy jaka w popie panował od dobrych kilku lat czy też nie, jest to niewątpliwie postać godna uwagi głównie ze względu na błyskawiczny sukces jaki osiągnęła w zaledwie trzy lata, a na który Madonna czekała prawie 10 lat. Oczywiście czas w jakim obie panie tworzyły ma wielkie znaczenie. Gaga jest artystką You Tube, My Space czy innych portali społecznościowych, jakich jeszcze kilkanaście lat temu nie było. Media elektroniczne pozwoliły jej na szybkie wejście na szczyt, a teraz ich umiejętne wykorzystywania pozwala jej na nim pozostać. Jeżeli dziś swoje lata świetności przeżywałby Michael Jackson, to pewnie on pierwszy doszedłby do miliarda wyświetleń swoich teledysków w serwisie You Tube, niż Lady Gaga, której jakiś czas temu udało się dokonać tego czynu. Nie brak oczywiście pod adresem piosenkarki ostrych, a czasem wręcz miażdżących słów krytyki. Jak pisze krytyczka kultury Camila Paglia, Gaga to sztucznie wykreowana i przerysowana postać, której gwiazda tak jak szybko zapłonęła, tak równie szybko zgaśnie, ciągnąc za sobą na dno muzykę pop. Feministyczna dziennikarka dodaje też:
"Każda piosenka, teledysk i występ Gagi jest poddany teatralizacji, radykalnie przerysowany, by zdusić ludzką wyobraźnię. Gaga reprezentuje pop totalitarny — chce mieć władzę nad wszystkimi aspektami twórczości i pragnieniami odbiorców. Fantazja ludzi, ich nieprzewidywalne i zmieniające się potrzeby są dla niej groźne. Dlatego stara się je tłamsić, używając hiperformy.''
Innym razem oskarża Lady Gagę o zwyczajną kradzież pomysłów innych artystów:
„Wszystko, co do tej pory pokazała, było użyciem cudzych pomysłów, bezwzględnym recyklingiem, który jeszcze niedawno nazywano pospolitym złodziejstwem. Ale czasy się zmieniły, a wirtualnemu robotowi trudno zarzucać kradzież. (...) Przebojowe piosenki i towarzysząca im oprawa to wyniesiona na piedestał tandeta — camp poddany gloryfikacji, uświęcony akceptacją najmłodszych odbiorców, którzy nie mają dość wiedzy, by przejrzeć trik. Nowe dzieci popu nie znają historii. Świat zwala im na głowę tyle atrakcji, że nie mają czasu wyobrazić sobie niczego poza "tu i teraz"
Ostre słowa feministki nie są jedyną naganą jaką Lady Gaga otrzymała od krytyków. W podobnym tonie o piosenkarce wypowiadało się już wielu cenionych naukowców z nauk humanistycznych, dziennikarzy czy nawet innych artystów. Argumenty przeciw piosenkarce są coraz poważniejsze: promowanie seksizmu i stereotypów płciowych, degradacja wizerunku kobiety w kulturze czy nadmierne epatowanie seksualnością, która w konsekwencji prowadzi do zanikania granic wyznaczonych przez kulturę i tradycję. Nie ma się zatem co dziwić kiedy feministki obruszają się, widząc półnagą Gagę, która krzyczy do fanów ze sceny by poczuli się wolni i wyzwoleni. Podobnie było z Madonną; może i obie nie są pięknościami, jednak każda z nich sukces okupiła własnym ciałem i seksualnością, a nie na tym przecież wedle feministek ma polegać równouprawnienie. Gaga choć wolna i wyzwolona, sama uwięziona jest w wizerunku kobiety, która nie wyjdzie z domu bez butów poniżej 15 cm koturna czy makijażu. Zawsze może przekonywać i tak właśnie zresztą robi, że to jaką ją widzimy na scenie czy w teledyskach jest nie tylko jej scenicznym wizerunkiem, ale także nią samą. Nie kłóci się to jednak z argumentami, że artystka promuje się za pomocą seksualności tak nachalnie i ekspansywnie jakby nie miała już innych pomysłów na pokazanie siebie.
W Polsce zatwardziałą przeciwniczką twórczości i działalności Lady Gagi jest dziennikarka pisząca między innymi dla "Rzeczpospolitej'' - Paulina Wilk. Ta wprost nazywa ją wrogiem publicznym numer jeden, twierdząc, że Gaga to tylko marna kopia Madonny, która poza kontrowersyjnymi zachowania nie ma słuchaczowi nic do zaoferowania. Nieco błędne staje się to myślenie zważywszy na fakt, iż muzyka artystki bije dziś wszelkie rekordy popularności. Choć najnowsza płyta „Born This Way" nie zbiera aż tak pochlebnych recenzji jak jej poprzedniczki, krążkowi i tak udało się w przeciągu zaledwie tygodnia od dnia premiery sprzedać ponad 2 miliony egzemplarzy swojego albumu, a obecnie liczba ta oscyluje w granicach 5 milionów. Dziennikarze chętnie polemizują z ta liczbą, tłumacząc, że fani i tak kupią wszystko co sygnowane jest jej pseudonimem. Takim argumentem posługuje się polski dziennikarz Wojciech Przylipiak, w swojej recenzji płyty dla „Dziennika", pisząc:
"Lady Gaga niespecjalnie musi się przejmować tym, co nagra, bo jej fani i tak kupią wszystko, co nosi jej inicjały. Amerykanka nie funkcjonuje już w świecie jako wokalistka, tylko jako marka, jak chociażby Coca-Cola albo Madonna.''
Dalej porównuje samą Gage do Davida Hasselhoffa, twierdząc, że artystka skończy bardzo szybko w podobnym gronie, jak ta, której kicz już się znudził:
"David swoją dotychczasową karierą i wyglądem zapracował na niepoważne traktowanie. Gdyby nawet założył najdroższy garnitur i zaśpiewał dla ofiar trzęsienia ziemi w Japonii, nie pozbędzie się swojego drewnianego, plastikowego emploi. Podobny problem może mieć szybko GaGa. Okrywanie się mięsem i tańce w staniku mogą szybko spowodować, że nie będzie brana poważnie. Od tego krok do stania się pośmiewiskiem.''
Czy Madonna była wyśmiewana kiedy zakładała na siebie słynny spiczasty stanik albo roznegliżowana paradowała po scenie i nie tylko? Gwiazda takiego formatu zawsze miała swoich przeciwników, którzy z uporem maniaka chętnie zwalczają nieco bardziej drażniących ich artystów. Szczególnie rzecz ta się tyczy środowisk katolickich, które czują się obrażane przez wypowiedzi, teksty czy teledyski Gagi czy Madonny. Dziennikarze także nie pozostają im dłużni — czasem wręcz uporczywie brną w swojej niechęci do artystek, co na dłuższą metę staje się uciążliwe. Wspomniana Paulina Wilk, pisząc recenzję koncertu Prince’a na Opene'rze śmiało stwierdziła, że to najważniejsze od dwóch lat wydarzenie muzyczne od czasu występu Madonny, pomijając skrzętnie koncert Lady GaGi w naszym kraju z 2010 roku. Zważając na fakt jak wielkie zamieszanie spowodował występ Gagi w Polsce jest to rzecz wynikając chyba jedynie z antypatii jaką żywi żurnalistka do artystki. Co ciekawe ''Rzeczpospolita'' dla której pisze Wilk, jest gazetą, która niezwykle często o Lady Gadze pisze...
Bądź co bądź obie są mistrzyniami w nawiązywaniu do symboliki chrześcijańskiej i jej wyśmiewaniu albo parodiowaniu. Gaga do tego wykorzystuje ją nagminnie do walki z homofobią, krzycząc do zebranych na koncertach fanów, że "Jezus kocha wszystkich i gdyby żył to sam organizowałby parady równości''. Gaga posunęła się dalej niż Madonna i swoją seksualność i popularność wykorzystuje do walki o równouprawnienie. Woli jednak powalczyć z wrogiem już leżącym — chrześcijanie to łatwy cel, od lat stojący pod obstrzałem środowisk LGTB. Natomiast jej wypowiedzi o krajach islamskich gdzie przecież na homoseksualistach wykonuje się egzekucje, są niezwykle stonowane i rzadkie. Podobnie zresztą było z Madonną — często zabawiała się krzyżami, raz je paląc, raz sama się na nich krzyżując, zapewniając przy tym, że jest głęboko wierzącą katoliczką i kocha Boga. Lady Gaga wykorzystuje niemalże identyczne patenty Królowej Pop, czerpiąc garściami ze spadku jaki otrzymała od Madonny. Czy komukolwiek to przeszkadza? Nie, kiedy na scenie brak piosenkarek, o których można by długo dyskutować przy kawie czy piwie. Gaga nam tę rozrywkę właśnie zapewnia, mimo, że nawet niezbyt obeznany w historii muzyki słuchacz, dojrzy z jakich elementów jest stworzona artystka. Oczywiście zamyka się to w granicach kiedy nasze dyskusje dotyczą tylko i wyłącznie o muzyce rozrywkowej, bo przecież grzechem byłoby miłośnikowi muzyki zatrzymywać się na Lady Gadze...
Artykuł pierwotnie ukazał się na portalu Racjonalista.pl w 2011 roku.
Etykiety:
kultura,
lady gaga,
Lenardo Da Vinci,
Leszek Kołakowski,
muzyka,
Paulina Wilk,
pop,
postmodernizm,
sztuka,
Walter Benjamin
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Czarne Kasety powracają. Recenzja"Middle Class/Black City"
Słuchanie The Black Tapes nie przystoi grzecznym dziewczynkom i przykładnym chłopcom. I nie jest to wcale hasło promujące twórczość warszawskiej ekipy. Slogan ten winien być przestrogą dla ludzi lubiących konwenanse, ciszę i muzyczny porządek. Kompilacja "Middle Class/Black City", która poza owym materiałem zawiera także starsze dokonania kapeli to gigantyczna dawka dobrego garażowego rocka rodem z Wielkiej Brytanii. No ale ile można pisać o tym, że chłopcy grają jak rasowi Brytyjczycy skoro od kilku lat zabawiają polską publikę i z powodzeniem podbijają listy przebojów stacji rockowych? Może i Wyspiarze przodują obecnie w produkcji takich bandów, ale artyści z nad Wisły udowadniają, że wychodzi mi to równie dobrze jak i nie lepiej. Ciekawą kombinacją okazał się pomysł z zestawieniem materiału sprzed 5 lata oraz najświeższych dokonań Czarnych Kaset, które w rezultacie dają słuchaczowi wgląd na zmiany jakie przeszła kapela na przestrzeni tych kilku wiosen. Nie ma co ukrywać, iż jest to metamorfoza iście pozytywna.
Może samo słowo metamorfoza jest tu lekkim nadużyciem (słuchacz nieosłuchany w gitarowym rocku nie dostrzeże zapewne żadnej różnicy. Rock jak rock...) jednak trudno nie zauważyć delikatnego zwolnienia tempa, które zbliża band jeszcze bardziej do zachodnich standardów grania niż poprzednie wydawnictwa. Mimo tej subtelnej zmiany kierunku na "Middle Class" wciąż wyczuć można ''clashowe'' klimaty, które dla bandu są jedynie atutem, a może i asem w rękawie - nie zawsze każdemu przecież udaje się z takim wyczuciem zahaczyć o twórczość guru muzyki gitarowej jaką jest legendarny The Clash.
Cieszy mnie też niezmiernie fakt, że dobrze przyjmowana działalność The Black Tapes pokazuje, że rock w Polsce nie musi powielać schematów utartych przez starych wyjadaczy, których radiowa hegemonia nie ma końca. Nikt przecież nie powiedział, że dobra gitara musi iść w parze z polskim tekstem na dodatek nad wyraz poważnym i najlepiej w biało-czerwonych barwach. Pozbądźmy się stereotypów na temat pewnych gatunków i podgatunków muzycznych i ich pochodzenia narodowego. Muzyka to muzyka, tutaj nie ma czasu na takie ceregiele.
niedziela, 10 czerwca 2012
Enchanted Hunters debiutują. Recenzja płyty "Peoria"
Ile tytoniu wypaliłam kontemplując i słuchając debiutanckiego wydawnictwa formacji Enchanted Hunters? Nie zadałam sobie trudu jakim byłoby policzenie ilości wypalonych fajek bowiem nie one są wyznacznikiem poziomu płyty "Peoria". Trudno przy tego rodzaju muzyce znaleźć jakiekolwiek rozsądne kryteria oceny, które jednocześnie nie zamykałyby młodych twórców w matematycznych cyferkach. Opisując ten album, wkroczę na ścieżkę wskazaną niegdyś przez Gombrowicza, który zachęcał krytyków by recenzowali raczej swoje uczucia i siebie samego, niż twórców i ich dzieła.
Od niechlubnego palenia zaczęłam, więc śmiało mogę zmierzać dalej przez gąszcz folkowych i dream-popowych dźwięków jakie zesłał nam wraz ze swoją pierwszą płytą trójmiejski band Enchanted Hunters. Już pierwszy odsłuch "Peorii" odurza, przywodzi na myśl wiele skojarzeń, oddala trochę od rzeczywistości. Słuchacz płynnie przechodzi od radosnej euforii jaka emanuje z "Ladybug" do melancholijnego zastanowienia w "Go on Don" i "Fountains", by następnie przejść do stanu...który niełatwo opisać słowami. Ni to smutek, ni radość, właściwie coś pośrodku. W takim niecodziennym stanie słuchacz pozostaje do samego końca i nim się obejrzy - "Peoria" dobiega kresu. Czas na odetchnięcie, chwilę zadumy w ciszy, zastanowienie się nad tym co usłyszeliśmy. Osłuchany miłośnik muzyki spróbuje zasięgnąć do swojej płytoteki i odpali krążki artystów, z którymi kojarzy się to, co przed chwilą usłyszał. The Raincoats? Hm, czemu nie. Rio en Medio? O tak, to jest to! Potem nadchodzi powrót do albumu i tak już bez końca.
Tak właśnie w wielkim skrócie wyglądała moja przygoda z płytą "Peoria". Napisanie recenzji nie jest oczywiście jej zakończeniem, a może nawet początkiem. Zawsze z wielką nadzieję wypatruję na horyzoncie artystów proponujących polskim słuchaczom folk, lo-fi i dream-pop. Są to gatunki nie tylko bliskie mi sercu, ale przede wszystkim wciąż czyste i wolne od skazy mainstreamu. A co najwspanialsze ową nieskazitelność czuć w muzyce i głosach młodych ludzi, którzy wychodzą do ludzi z tym co im w duszy gra.
Posłuchaj utworu "Ladybug"
Etykiety:
debiut,
dream-folk,
dream-pop,
Enchanted Hunters,
folk,
muzyka,
muzyka alternatywna
niedziela, 3 czerwca 2012
Recenzja płyty "I want you to get back home" Mr Gila
Co potrzebne jest muzykowi do stworzenia nastrojowej muzyki, która umili słuchaczowi niejeden wieczór? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, a na pewno jest ona trudna do uchwycenia. Mr Gil swoim "I want to get back home" definiuje poniekąd te frapujące nas pojęcie. Czwarty album formacji Mirosława Gila to dość niespotykany jak na nasze muzyczne standardy i trendy krążek. Niezwykle minimalistyczny i zrównoważony wychyla się nawet wśród reprezentantów sceny alternatywnej nad Wisłą. Co ciekawe, udaje mu się to nie będąc specjalnie innowacyjnym pod względem muzycznych rozwiązań.
Jego siła tkwi przede wszystkim w emocjach bijących z tekstów i melodii napisanych przez lidera grupy. Silnie związane z osobistymi doświadczeniami artystów teksty, traktują o rozstaniach i powrotach, także tych muzycznych. Choć na "I want to get back to home" Mr Gil rozstaje się przede wszystkim z gitarą i perkusją, album ten wciąż ma na sobie znamiona poprzedniczek. Melancholia, nostalgia i nastrojowość to ciągle przodujące u Mr Gila atrybuty, które wierni fani grupy z wielką chęcią zaaprobują. Muzyczny minimalizm ciepłych ballad formacji oraz zaniechanie wszelkich eksperymentów można uznać jedynie za atut płyty. Ciężko byłoby chyba znaleźć kogoś kto w sposób negatywny odniósłby się do tego krążka. Jedyne co można mu zarzucić, a co wynika także z jego specyfiki, to nastrój płyty, który sprawia, że "I want to get back home" można włączyć jedynie... w wyjątkowych okolicznościach. Życie nie jest bowiem jedną wielką oazą spokoju pozwalającą słuchaczowi na wieczne odprężenie. A cisza i odpowiedni klimat są niezbędnymi czynnikami, które sprawią, że album Mr Gil zostanie dobrze odebrany. Chcąc potwierdzić swoją tezę włączyłam płytę w środku zabieganego dnia, wykonując przy tym kilka innych czynności. Niestety delikatny i kojący głos Karola Wróblewskiego nie odciągnął mnie od zajęć. Prawdę mówiąc eksperyment ten miał negatywny wpływ na moje odczucia wobec krążka - w tamtym momencie wydał mi się powierzchowny, monotonny i mało interesujący.
Jak szybko się okazało było to jednak spostrzeżenie krótkotrwałe. Długie wieczorne odsłuchy albumu zrobiły swoje. Melodie Mr Gila błyskawicznie wpadają w ucho, kojąc je przed snem i działając na nas jak odprężający masaż. Gdzieniegdzie przygrywająca wiolonczela wydaje się być idealny dopełnieniem tej muzyki, do której jak sądzę słuchacz powróci niejednego wieczora. W "I want to get back home" wszystko zdaje się być na swoim miejscu, tworząc spójną i pozbawioną nierówności całość. A za taki perfekcjonizm i emocje "uwięzione" w muzyce artystom należy się niski ukłon.
Recenzja ukazała się na portalu duże Ka
Etykiety:
Karol Wróblewski,
Mirosław Gil,
Mr Gil,
muzyka
wtorek, 8 maja 2012
Rock bez pogo i tańca. O koncercie Depresjonistów słów kilka.
''To nie jest to, szkoda Zbyszka (Krzywańskiego)'' – skwitował jednym zdaniem koncert Depresjonistów jegomość opuszczający klub. Nie ma oczywiście nic nadzwyczajnego w wygłaszaniu negatywnych opinii. Ba, każdy artysta winien przygotować się na falangę niepochlebnych wypowiedzi kiedy sam decyduje się na wyście do ludzi ze swoją sztuką. Nigdy jednak, mimo sporego doświadczenia koncertowego, nie byłam świadkiem tak jawnego niezadowolenia z występu na żywo. Szczególnie kiedy mamy do czynienia muzyką wyższych lotów, a nie nawalanką jaką serwują nam komercyjne radiostacje.
Dlaczego zatem zaczynam relacje z koncertu Depresjonistów od słów, które powinno się wpuścić jednym uchem, a wypuścić drugim? Stanowią one swojego rodzaju kontrast między odczuciem owego niezbyt przychylnie nastawionego do zespołu pana, a moimi wrażeniami, na wskroś innymi od tych zacytowanych w pierwszym zdaniu.
Przed Depresjonistami tylko jeden polski zespół zastrzelił mnie z powodu swojego nietuzinkowego zachowania na scenie i kontakcie z publicznością – Myslovitz. Po oglądaniu spod sceny setek napierających na barierki ludzi, którzy nie raz wpadali mi na głowę i szaleńczych tańców pogo oraz słuchaniu nieustający wrzasków, buczeń i krzyków, te dwa koncerty rockowe zupełnie zmieniły moją percepcję postrzegania tego gatunku muzyki. Rock to nie tylko brud, taniec, rogi i machanie głową. Rock to także przekaz. Treść. Czasem wbijana do naszych umysłów niemalże młotem. Możesz wyjść z koncertu ze wspomnieniami najlepszej na świecie zabawy i nie ma w tym nic złego - taki jest między innymi cel występów na żywo. Możesz też zaserwować sobie koncertem niezłego mindfucka. A dla kogoś kto dobrze wsłucha się w teksty Depresjonistów ich koncert takim właśnie mindfuckiem może być. Prześmiewcze, gorzkie, ironiczne, czasem bolesne i trudne do zaakceptowania. Do tego okraszone porządnie napisaną muzyką. Nie ma tu muzycznego szaleństwa, podśpiewywania z publicznością, zachęcania jej do podejścia pod scenę.
Nie każdy artysta musi czuć się kochanym, nie każdy musi potrzebować przyjemnego acz zwodniczego głaskania po głowie. Niech każdy odbiera to co się dzieje na scenie jak chce. Dlatego dwie postacie kołyszące się pod sceną podczas koncertu Depresjonistów nie są dla mnie zaskoczeniem, a dla artysty nie są żadną porażką czy kompromitacją. Sukcesu nie należy liczyć w ilości, ale jakości. Dostrzegam coś w takich zespołach jak Depresjoniści, choć przyznam, iż ich muzyka serc nie porywa. Ma w sobie tak zwane to ''coś'' i to o czym wspomniałam wcześniej – daje do myślenia. Przepisem na sukces może to nie jest, ale na fanów miłujących się w ich muzyce na pewno.
Dlaczego zatem zaczynam relacje z koncertu Depresjonistów od słów, które powinno się wpuścić jednym uchem, a wypuścić drugim? Stanowią one swojego rodzaju kontrast między odczuciem owego niezbyt przychylnie nastawionego do zespołu pana, a moimi wrażeniami, na wskroś innymi od tych zacytowanych w pierwszym zdaniu.
Przed Depresjonistami tylko jeden polski zespół zastrzelił mnie z powodu swojego nietuzinkowego zachowania na scenie i kontakcie z publicznością – Myslovitz. Po oglądaniu spod sceny setek napierających na barierki ludzi, którzy nie raz wpadali mi na głowę i szaleńczych tańców pogo oraz słuchaniu nieustający wrzasków, buczeń i krzyków, te dwa koncerty rockowe zupełnie zmieniły moją percepcję postrzegania tego gatunku muzyki. Rock to nie tylko brud, taniec, rogi i machanie głową. Rock to także przekaz. Treść. Czasem wbijana do naszych umysłów niemalże młotem. Możesz wyjść z koncertu ze wspomnieniami najlepszej na świecie zabawy i nie ma w tym nic złego - taki jest między innymi cel występów na żywo. Możesz też zaserwować sobie koncertem niezłego mindfucka. A dla kogoś kto dobrze wsłucha się w teksty Depresjonistów ich koncert takim właśnie mindfuckiem może być. Prześmiewcze, gorzkie, ironiczne, czasem bolesne i trudne do zaakceptowania. Do tego okraszone porządnie napisaną muzyką. Nie ma tu muzycznego szaleństwa, podśpiewywania z publicznością, zachęcania jej do podejścia pod scenę.
Nie każdy artysta musi czuć się kochanym, nie każdy musi potrzebować przyjemnego acz zwodniczego głaskania po głowie. Niech każdy odbiera to co się dzieje na scenie jak chce. Dlatego dwie postacie kołyszące się pod sceną podczas koncertu Depresjonistów nie są dla mnie zaskoczeniem, a dla artysty nie są żadną porażką czy kompromitacją. Sukcesu nie należy liczyć w ilości, ale jakości. Dostrzegam coś w takich zespołach jak Depresjoniści, choć przyznam, iż ich muzyka serc nie porywa. Ma w sobie tak zwane to ''coś'' i to o czym wspomniałam wcześniej – daje do myślenia. Przepisem na sukces może to nie jest, ale na fanów miłujących się w ich muzyce na pewno.
Etykiety:
Depresjoniści,
Jacek Bończyl,
koncert,
muzyka,
Myslovitz,
Od Nowa,
pogo,
rock,
Zbigniew Krzywański
piątek, 27 kwietnia 2012
Depresjoniści zagrali w Toruniu. Zdjęcia
Dziś wyjątkowo zapraszam do obejrzenia zdjęć, nie poprzedzonych moim "słowem wstępnym". Pochodzą one z koncertu zespołu Depresjoniści, którego trzon stanowią Jacek Bończyk oraz Zbigniew Krzywański (Republika).
Etykiety:
Depresjoniści,
koncerotwe zdjęcia,
Lizard King,
muzyka,
rock
sobota, 14 kwietnia 2012
Festiwal "Etniczny zawrót głowy". Dzień I. Fotorelacja
Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z pierwszego dnia festiwalu "Etniczny zawrót głowy'', który co roku odbywa się w toruńskiej Od Nowie. Artyści tam występujący nie są może atrakcją dla masowego słuchacza i ich nazwiska czy nazwy bandów nic nie mówią, ale jak pokazała toruńska publiczność - bawić się przy takiej muzyce można. I to jak!
Dnia pierwszego na małej scenie zagrali: Klezmafour i Frument Project.







Dnia pierwszego na małej scenie zagrali: Klezmafour i Frument Project.
Etykiety:
Etniczny zawrót głowy,
folk,
Frument Projcet,
Klezmafour,
koncerotwe zdjęcia,
muzyka,
muzyka etniczna,
Od Nowa
piątek, 13 kwietnia 2012
Muchy w Od Nowie. Fotorelacja
Jakoż, że na koncertach dane mi jest widzieć muzyków z nieco bliższej perspektywy niż więszkość publiczności, na koncercie bandu Muchy dojrzałam intrygującą, a jednocześnie dość dziwną rzecz - członkowie kapeli zalewają się potem już po pierwszej piosence! Ileż to energii i mocy musi dać z siebie artysta by już podczas pierwszych dźwięków utworu kropelki potu leciały mu ciurkiem po skroni...? Zapewne wiele. Mam nadzieję, iż zespół nie uzna owych uwaga za niestosowne - są one jedynie komplementem kierowanym w stronę młodych, którzy totalnie poświęcają się temu co robią. A publiczność to czuje. Stąd te niekończące się piski dziewcząt i zachwyt wyrażany wyciem przez panów.








czwartek, 12 kwietnia 2012
Ponowne narodziny Madonny: recenzja płyty "MDNA''

Co złego można napisać o albumie, który w przeciągu zaledwie trzech tygodni pobił wszelkie rekordy sprzedaży i zawładnął parkietami na całym świecie? Okazuje się, że wiele zważając na liczbę mało przychylnych nowej płycie Madonny recenzji jakie ukazały się po debiucie "MDNA". Krytycy zagraniczni trzymają się do albumu z dystansem, polscy nie zostawiają na krążku suchej nitki (czy tylko ja zauważam tendencję do krytykowania przez polskie media tego co przez resztę świata jest
ocenianie raczej pozytywnie?). Nie mam zamiaru powielać schematów "ekstremalnie fundamentalistycznych krytyków" i skupić się raczej na licznych walorach 12. wydawnictwa proponowanego przez Królowe Pop.
Nie znaczy to jednak, że jest to album bez skazy, może nawet liczne jego rysy sprawiają, że Madonna staje się dla nas z niedostępnej i zimnej damy, panią z sąsiedztwa, która pragnie sprawdzić przy czym dziś bujają się na dyskotekach młodzi. W tym celu piosenkarka zaprasza do współpracy znanych i cenionych producentów imprezowych bitów takich jak Benny Benassi czy Martin Solveig. Owoce ich pracy są doskonałym podsumowaniem tego co dzieje się dziś we współczesnej muzyce rozrywkowej:
"MDNA" to album podszyty grubą warstwą elektronicznych bitów, syntezatorów i dance'owych melodii. Madonna, która zazwyczaj wskazywała innym drogę jaką ma podążać pop, zdjęła królewskie szaty i sama "służalczo" wydała album niewiele różniący się od płyt Rihanny czy Lady Gagi. Nikt jednak nie powiedział, że jest to ujma dla Amerykanki o włoskich korzeniach.
Madonna to najbardziej elastyczna piosenkarka naszych czasów, która w każdej kolejnej odsłonie daje się poznać od najlepszej strony i sprawia wrażenie jakby właśnie to wcielenie było jej prawdziwą skórą. "MDNA" jednak to nie tylko czysta rozrywka, teksty piosenek to swojego rodzaju opowieść ostatnich lat życia gwiazdy. A te obfitowały w wiele ważnych dla Madonny wydarzeń: rozstanie z mężem, nowi partnerzy i medialny szum wokół każdego nowego związku piosenkarki. Trudno więc wersy z "I F**ked up" czy "I`m a Sinner" uznać za przypadki. Myślę jednak, że mało kogo poza fanami "Starej" (tak pieszczotliwe fani Madonny nazywają swoją idolkę) zainteresuje co ma do powiedzenia w swoich tekstach wokalistka. Najistotniejsze są przecież skoczne i zaraźliwe bity przy których można się wyszaleć. A jest przy czym - żywiołowe "I`m Addicted" czy duszne i mocne "Gang Bang" to tylko niektóre z tych ciekawszych propozycji Maddie.
Madonna swoim dwunastym krążkiem nie tylko zaspokoiła rządzę fanów po dość nieudanym "Hard Candy" , ale zapewne znalazła rzesze nowych fanów spragnionych dobrego popu . Kilka utworów z albumu spokojnie ma szansę stać się przebojami, które trudno będzie przestać nucić. Nie zaryzykuję określenia "ponadczasowymi", bo jest to cecha którą oceni jedynie czas i słuchacze. Niemniej chcąc się naprawdę dobrze bawić warto zaopatrzyć się w "MDNA" i włożyć je pomiędzy "Born This Way" Lady Gagi oraz "Loud" Rihanny, wsadzając jednocześnie między bajki historie o artystycznej konkurencji tych pań, bo dla każdej z nich znajdzie się miejsce, o ile wciąż będą tworzyć dobry pop.
8/10
Etykiety:
blog muzyczny,
dance,
Madonna,
MDNA,
muzyka,
płyta,
pop,
recenzent,
recenzja płyty,
Zagwozdka
niedziela, 1 kwietnia 2012
Patronat Zagwozdki: Zakończył się IV CoCArt Music Festival
Dziwny, intrygujący, przełamujący utarte schematy, zaskakujący, głośny. To tylko kilka określeń jakie przychodzą na myśl temu, kto uczestniczył w czwartej edycji CoCArt Music Festival. Wiele z emocji jakie towarzyszą wydarzeniu nie da się też wyrazić. Nie dziwię się. Sama tuż po festiwalu miałam mieszane uczucia co do niektórych występów. Nie były to jednak rozmyślania nad tym czy udział w imprezie wart był zachodu – moje kontemplacje kierowały się raczej ku rozważaniom nad granicami muzyki oraz momentem kiedy człowiek staje się artystą. Jak wspomniał jeden z kuratorów IV CoCArt jedna z głównych gwiazd imprezy Chris Cutler, to postać, która we własnym kraju (Wielka Brytania) wciąż nie podlega pod ''definicję artysty''.
Trudno jest rozmyślać nad tą kwestią nie znając dobrze tamtejszego rynku muzycznego oraz gustu publiczności, która w dużej mierze sama oceni czy twórca zasługuje na miano artysty. Jednak nawet słabo obeznany czytelnik i słuchacz dostrzeże wysoki poziom artystów z Wysp, którzy co rusz podbijają świat. Myślę jednak, że problem Chrisa Cutlera to nie tylko problem jego działalności, ale artystów zagłębiających się nurt muzyki awangardowej w ogóle. Pozbawienie muzyki tego, co w zasadzie dla masowego słuchacza jest w niej najważniejsze czyli melodii i harmonii, zawsze wzbudzi konsternację i zniechęcenie. Kulturowe uwarunkowania i wpajane nam już w czasie socjalizacji pierwotnej upodobania to proces, który ma decydujący wpływ na to jak odbieramy wszystko co choć trochę wyłamuje się znanych nam schematów.
Sama nie jestem osobą słuchającą na codzień jedynie takiej muzyki – nigdy nie ukrywałam i nie mam po co ukrywać, że fascynuje mnie rock, muzyka elektroniczna, a także pop. Potrafię bez zmrużenia okiem mogę przejść jednego dnia od Lady Gagi i Michaela Jacksona do Pink Floyd, Soap&Skin, Bon Iver czy CocoRosie. W muzyce szukam przełamywania pewnego rodzaju barier, nie tylko kulturowych, ale też i duchowych. Muzyka awangardowa na pewno z powodzeniem łamie te pierwsze. A ja nigdy nie zawacham się nazwać artystą człowieka, który pokazuje innym jak te szlaki przecierać.












Na festiwalu zagrali:
Chris Cutler (UK)
C.3.3. (UK) - Paul Jamrozy, ex Test Dept
Steve Buchanan & Heike Fiedler (CH)
pathMAN (PL) - ex Atman
ZENIAL (PL)
HATI (PL)
Trudno jest rozmyślać nad tą kwestią nie znając dobrze tamtejszego rynku muzycznego oraz gustu publiczności, która w dużej mierze sama oceni czy twórca zasługuje na miano artysty. Jednak nawet słabo obeznany czytelnik i słuchacz dostrzeże wysoki poziom artystów z Wysp, którzy co rusz podbijają świat. Myślę jednak, że problem Chrisa Cutlera to nie tylko problem jego działalności, ale artystów zagłębiających się nurt muzyki awangardowej w ogóle. Pozbawienie muzyki tego, co w zasadzie dla masowego słuchacza jest w niej najważniejsze czyli melodii i harmonii, zawsze wzbudzi konsternację i zniechęcenie. Kulturowe uwarunkowania i wpajane nam już w czasie socjalizacji pierwotnej upodobania to proces, który ma decydujący wpływ na to jak odbieramy wszystko co choć trochę wyłamuje się znanych nam schematów.
Sama nie jestem osobą słuchającą na codzień jedynie takiej muzyki – nigdy nie ukrywałam i nie mam po co ukrywać, że fascynuje mnie rock, muzyka elektroniczna, a także pop. Potrafię bez zmrużenia okiem mogę przejść jednego dnia od Lady Gagi i Michaela Jacksona do Pink Floyd, Soap&Skin, Bon Iver czy CocoRosie. W muzyce szukam przełamywania pewnego rodzaju barier, nie tylko kulturowych, ale też i duchowych. Muzyka awangardowa na pewno z powodzeniem łamie te pierwsze. A ja nigdy nie zawacham się nazwać artystą człowieka, który pokazuje innym jak te szlaki przecierać.
Na festiwalu zagrali:
Chris Cutler (UK)
C.3.3. (UK) - Paul Jamrozy, ex Test Dept
Steve Buchanan & Heike Fiedler (CH)
pathMAN (PL) - ex Atman
ZENIAL (PL)
HATI (PL)
piątek, 30 marca 2012
Otwarta scena Od Nowy: Sons of a Witch
Z tym zespołem mam zasadniczy problem - zawsze kiedy grają, mnie pechowo coś wypada, na występ się spóźniam i udaje mi się posłuchać kilku ostatnich utworów. Nie przeszkadza mi to jednak w niemałym zachwycaniu się kapelą, a przede wszystkim muzyką jaką grają. Chyba wyjdę na durnia jeżeli powiem śmiało, iż zamykając oczy na ich koncercie ma się wrażenie, że słucha się Red Hot Chili Peppers? Ot, takie moje pierwsze wrażenie, kiedy zobaczyłam ich po raz pierwszy. Za drugium razem miałam podobne. Niewymuszona swoboda na scenie, dobra muzyka, kontakt z publiką i genialny lekko zachrypnięty głos wokalisty - nic, tylko się zakochać!
Moja wyobraźnia zadziałała - myślę, że za kilka lat będą mieli tyle fanek co wyżej wymieniony band (a nawet i więcej), a ja nie będę mogła się już tak niewinne dopchać przez ich tłum by popstrykać kilka zdjęć...;)
By przekonać się samemu posłuchaj kilka piosenek Sons of a Witch TUTAJ oraz odwiedź Facebooka kapeli POD TYM LINKIEM!




Moja wyobraźnia zadziałała - myślę, że za kilka lat będą mieli tyle fanek co wyżej wymieniony band (a nawet i więcej), a ja nie będę mogła się już tak niewinne dopchać przez ich tłum by popstrykać kilka zdjęć...;)
By przekonać się samemu posłuchaj kilka piosenek Sons of a Witch TUTAJ oraz odwiedź Facebooka kapeli POD TYM LINKIEM!
Etykiety:
muzyka,
Otwarta Scena Od Nowy,
rock,
Sons of a Witch,
Toruń
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






