Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka elektroniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka elektroniczna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 stycznia 2013
Skinny Patrini i Őszibarack na Digitaliach.
Kiedy kilka miesięcy temu pisałam recenzję ich drugiego studyjnego krążka, nie sądziłam, że za jakiś czas zespół zostanie rozwiązany. Szczególnie po tak cieple przyjętym przez publikę i media albumie ''Sex''. Cóż, artyści potrafią zaskoczyć. Szczeciński koncert Skinny Patrini to prawdopodobnie przedostatnie spotkanie formacji z publicznością. Piszę prawdopodobnie, ponieważ rzucona na koncercie przez Michała Skórkę wiadomość o zakończeniu działalności zespołu, była raczej oczkiem puszczonym w kierunku fanów, by nie popadali w czarną rozpacz, bo jak wiadomo różne są koleje losu. I wizje artystów.
Abstrahując od osobistych i zawodowych decyzji członków Skinny Patrinim, trzeba przede wszystkim zwrócić uwagę na to jak genialne kooperują ze sobą na scenie. A ten kto widział ich kiedykolwiek na żywo wie o czym mówię. Niczym yin i yang, uzupełniając się wzajemnie i zwalczając jednocześnie, porywają publikę ciężkim elektronicznym brzmieniem wychodzącym spod rąk Michała i ostrym jak brzytwa wokalem Ani. W takich warunkach nie ma ani chwili wytchnienia. No może trochę przy genialnym ''Glory'' kończącym (poniekąd) album ''Sex''. Jednak nawet i w tym utworze jest coś niepokojąco psychodelicznego, co wywołuje gęsią skórkę. Naprawdę nie zazdroszczę tym, którzy już tego nie poczują. Bo stara jak świat jest prawda, że to co słyszymy na płycie, to nie to samo co na żywo. Nie ma w przypadku Skinny Patrini mowy o jakimkolwiek odchyleniu na tym polu. Są geniuszami muzyki electro w studiu, jeszcze większymi na koncertach. Kto nie miał okazji się o tym przekonać, niech biegnie galopem po bilet na ostatnie (...) show formacji, które odbędzie się 23 lutego w Warszawie.
Drugim gościem tego dnia Digitaliów był wrocławski zespół Őszibarack, który przyznam, iż był dla mnie niemałą niespodzianką. Może to i lekka kompromitacja, ale nieznana mi była bliżej twórczość tego bandu, choć z drugiej strony przyznam, iż oryginalna nazwa kapeli obiła mi się o uszy. Nie ma jednak lepszego sposobu na ''zakochanie się'' w czyjeś muzyce poprzez usłyszenie jej pierwszy raz na żywo. Co tu dużo mówić - brzoskwinia była smaczna (Őszibarack to po węgiersku brzoskwinia)! Jako, iż chłopcy trafili w moje muzyczne gusta (żywiołowa elektronika z nutą brytyjskiego trip-hopu) wzbudzenie mojego zainteresowania nie było zbyt wymagające. Może nie było ono tak entuzjastyczne jak pląsy wiernych fanów pod sceną, zapewniam - jest na czym ucho zawiesić. Nie mogę doczekać się bliższego spotkania ze studyjnymi utworami granymi na koncercie... Zobacz także
Etykiety:
Digitlaia,
electro,
muzyka elektroniczna,
Őszibarack,
Skinny Patrini,
Szczecin
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Spełnij swoje SEXualne marzenia. Ze Skinny Patrini
Z tą płytą jest jak z seksem – jak się w tym zasmakujesz, to nie możesz przestać.
Ja nie mogę. Od dobrych kilku tygodni próbuję zdjąć słuchawki bądź w najlepszym razie włączyć inną płytę. Bezskutecznie. A o tym, że totalnie stracę głowę dla nowego dzieła Skinny Patrini wiedziałam już kilka miesięcy temu, kiedy światło dzienne ujrzała piosenka zapowiadająca album „The Wind”. Już wtedy z czystą przyjemnością narażałam się na dziwne spojrzenia rodaków w tramwajach i sklepowych kolejkach kiwając się w swoich słuchawkach do piosenki z głośnością ustawioną tak, by dobrze odebrać utwór i przez przypadek odbiór ten cząstkowo przekazać także innym. Podniecona do granic możliwości w końcu doczekałam się premiery „Sexu”. I co? Totalny odlot. Muzyczna uczta. Poczucie spełnienia. A pozostając już przy tematyce seksualnej - po prostu ORGAZM!
„Sex” zasługuje bowiem na wszystkie, nawet najbardziej wazeliniarskie określenia, jakie kiedykolwiek powstały. Nie chodzi tu już tylko o pewien muzyczny poziom jaki Skinny Patrini wyznaczyło na płycie, ale łatki jakie dzięki tej płycie mogą sobie spokojnie odpruć z kubraczka. Z nieco sympatyzującego z electroclashem bandu przeistoczyli się w kompletnie nieprzewidywalną gatunkowo i palącą brzmieniem niczym chilli kapelę. Podobnie jak na wydanej trzy lata temu „Duty Free'' trójmiejski duet postawił na melodyjne i błyskawicznie wpadające w ucho dźwięki, które mimo często nie ludzkiej wręcz dynamiki, będzie mogła zaśpiewać niejedna publiczność. I porządnie się przy tym wyszaleć. Bo jakby nie spojrzeć to, co od razu rzuca się w uszy to potężna dawka emocji jakich trochę brakowało mi na poprzedniej płycie. W przypadku „Sexu'' ciarki na całym ciele towarzyszą mi w refrenach w „Life/Time'' czy „Something Special”, które swoją mocą dosłownie zwalają z nóg.
O dziwo podobną siłę rażenia mają ballady, a szczególnie kończące (z tym nie tak do końca, ale tą tajemnicę powinien odkryć słuchacz samemu) album „Glory”, które uważam za jeden z najmocniejszych punktów na tej płycie. Spokojniejsza nuta nie oznacza jednak chwili wytchnienia czy tańca-przytulańca na imprezie. Nie takie numery ze Skinny Patrini. Być może to właśnie te utwory mogą nas przyprawić o szybsze bicie serca. Tak jest w moim przypadku ze wspomnianym „Glory”, które od początku do końca hipnotyzuje, zniewala i niepokoi. Cechy te można jednak z powodzeniem przypisać każdej piosence na krążku. Okraszony w mocne i niemal mechaniczne electro klimat wraz z doskonale wybijającą się z tych dźwięków wokalizą Ani Patrini daje nam mieszankę wręcz doskonałą. A to, że taka muzyka nie wpisuje się w czyjąś estetykę i uważana jest za muzyczny kicz (z takim zdaniem kilka razy się spotkałam) to już inna kwestia, nad którą nie warto debatować. Produkcyjnie i brzmieniowo jest to album nie do zdarcia. Nadzwyczaj równy i bajecznie rozmaity jednocześnie, stawia trójmiejski duet na najwyższej półce z muzyką elektroniczną nie tylko w kraju (a może przede wszystkim w tym kraju) ale także i na świecie. Mogliśmy się chwalić że mamy naprawdę reprezentatywny na całym globie rock alternatywny, folk czy alternatywny pop. Teraz możemy pochwalić, że mamy nad Wisłą bardzo wyszukane i dobre electro.
Ja nie mogę. Od dobrych kilku tygodni próbuję zdjąć słuchawki bądź w najlepszym razie włączyć inną płytę. Bezskutecznie. A o tym, że totalnie stracę głowę dla nowego dzieła Skinny Patrini wiedziałam już kilka miesięcy temu, kiedy światło dzienne ujrzała piosenka zapowiadająca album „The Wind”. Już wtedy z czystą przyjemnością narażałam się na dziwne spojrzenia rodaków w tramwajach i sklepowych kolejkach kiwając się w swoich słuchawkach do piosenki z głośnością ustawioną tak, by dobrze odebrać utwór i przez przypadek odbiór ten cząstkowo przekazać także innym. Podniecona do granic możliwości w końcu doczekałam się premiery „Sexu”. I co? Totalny odlot. Muzyczna uczta. Poczucie spełnienia. A pozostając już przy tematyce seksualnej - po prostu ORGAZM!
„Sex” zasługuje bowiem na wszystkie, nawet najbardziej wazeliniarskie określenia, jakie kiedykolwiek powstały. Nie chodzi tu już tylko o pewien muzyczny poziom jaki Skinny Patrini wyznaczyło na płycie, ale łatki jakie dzięki tej płycie mogą sobie spokojnie odpruć z kubraczka. Z nieco sympatyzującego z electroclashem bandu przeistoczyli się w kompletnie nieprzewidywalną gatunkowo i palącą brzmieniem niczym chilli kapelę. Podobnie jak na wydanej trzy lata temu „Duty Free'' trójmiejski duet postawił na melodyjne i błyskawicznie wpadające w ucho dźwięki, które mimo często nie ludzkiej wręcz dynamiki, będzie mogła zaśpiewać niejedna publiczność. I porządnie się przy tym wyszaleć. Bo jakby nie spojrzeć to, co od razu rzuca się w uszy to potężna dawka emocji jakich trochę brakowało mi na poprzedniej płycie. W przypadku „Sexu'' ciarki na całym ciele towarzyszą mi w refrenach w „Life/Time'' czy „Something Special”, które swoją mocą dosłownie zwalają z nóg.
O dziwo podobną siłę rażenia mają ballady, a szczególnie kończące (z tym nie tak do końca, ale tą tajemnicę powinien odkryć słuchacz samemu) album „Glory”, które uważam za jeden z najmocniejszych punktów na tej płycie. Spokojniejsza nuta nie oznacza jednak chwili wytchnienia czy tańca-przytulańca na imprezie. Nie takie numery ze Skinny Patrini. Być może to właśnie te utwory mogą nas przyprawić o szybsze bicie serca. Tak jest w moim przypadku ze wspomnianym „Glory”, które od początku do końca hipnotyzuje, zniewala i niepokoi. Cechy te można jednak z powodzeniem przypisać każdej piosence na krążku. Okraszony w mocne i niemal mechaniczne electro klimat wraz z doskonale wybijającą się z tych dźwięków wokalizą Ani Patrini daje nam mieszankę wręcz doskonałą. A to, że taka muzyka nie wpisuje się w czyjąś estetykę i uważana jest za muzyczny kicz (z takim zdaniem kilka razy się spotkałam) to już inna kwestia, nad którą nie warto debatować. Produkcyjnie i brzmieniowo jest to album nie do zdarcia. Nadzwyczaj równy i bajecznie rozmaity jednocześnie, stawia trójmiejski duet na najwyższej półce z muzyką elektroniczną nie tylko w kraju (a może przede wszystkim w tym kraju) ale także i na świecie. Mogliśmy się chwalić że mamy naprawdę reprezentatywny na całym globie rock alternatywny, folk czy alternatywny pop. Teraz możemy pochwalić, że mamy nad Wisłą bardzo wyszukane i dobre electro.
niedziela, 1 kwietnia 2012
Patronat Zagwozdki: Zakończył się IV CoCArt Music Festival
Dziwny, intrygujący, przełamujący utarte schematy, zaskakujący, głośny. To tylko kilka określeń jakie przychodzą na myśl temu, kto uczestniczył w czwartej edycji CoCArt Music Festival. Wiele z emocji jakie towarzyszą wydarzeniu nie da się też wyrazić. Nie dziwię się. Sama tuż po festiwalu miałam mieszane uczucia co do niektórych występów. Nie były to jednak rozmyślania nad tym czy udział w imprezie wart był zachodu – moje kontemplacje kierowały się raczej ku rozważaniom nad granicami muzyki oraz momentem kiedy człowiek staje się artystą. Jak wspomniał jeden z kuratorów IV CoCArt jedna z głównych gwiazd imprezy Chris Cutler, to postać, która we własnym kraju (Wielka Brytania) wciąż nie podlega pod ''definicję artysty''.
Trudno jest rozmyślać nad tą kwestią nie znając dobrze tamtejszego rynku muzycznego oraz gustu publiczności, która w dużej mierze sama oceni czy twórca zasługuje na miano artysty. Jednak nawet słabo obeznany czytelnik i słuchacz dostrzeże wysoki poziom artystów z Wysp, którzy co rusz podbijają świat. Myślę jednak, że problem Chrisa Cutlera to nie tylko problem jego działalności, ale artystów zagłębiających się nurt muzyki awangardowej w ogóle. Pozbawienie muzyki tego, co w zasadzie dla masowego słuchacza jest w niej najważniejsze czyli melodii i harmonii, zawsze wzbudzi konsternację i zniechęcenie. Kulturowe uwarunkowania i wpajane nam już w czasie socjalizacji pierwotnej upodobania to proces, który ma decydujący wpływ na to jak odbieramy wszystko co choć trochę wyłamuje się znanych nam schematów.
Sama nie jestem osobą słuchającą na codzień jedynie takiej muzyki – nigdy nie ukrywałam i nie mam po co ukrywać, że fascynuje mnie rock, muzyka elektroniczna, a także pop. Potrafię bez zmrużenia okiem mogę przejść jednego dnia od Lady Gagi i Michaela Jacksona do Pink Floyd, Soap&Skin, Bon Iver czy CocoRosie. W muzyce szukam przełamywania pewnego rodzaju barier, nie tylko kulturowych, ale też i duchowych. Muzyka awangardowa na pewno z powodzeniem łamie te pierwsze. A ja nigdy nie zawacham się nazwać artystą człowieka, który pokazuje innym jak te szlaki przecierać.












Na festiwalu zagrali:
Chris Cutler (UK)
C.3.3. (UK) - Paul Jamrozy, ex Test Dept
Steve Buchanan & Heike Fiedler (CH)
pathMAN (PL) - ex Atman
ZENIAL (PL)
HATI (PL)
Trudno jest rozmyślać nad tą kwestią nie znając dobrze tamtejszego rynku muzycznego oraz gustu publiczności, która w dużej mierze sama oceni czy twórca zasługuje na miano artysty. Jednak nawet słabo obeznany czytelnik i słuchacz dostrzeże wysoki poziom artystów z Wysp, którzy co rusz podbijają świat. Myślę jednak, że problem Chrisa Cutlera to nie tylko problem jego działalności, ale artystów zagłębiających się nurt muzyki awangardowej w ogóle. Pozbawienie muzyki tego, co w zasadzie dla masowego słuchacza jest w niej najważniejsze czyli melodii i harmonii, zawsze wzbudzi konsternację i zniechęcenie. Kulturowe uwarunkowania i wpajane nam już w czasie socjalizacji pierwotnej upodobania to proces, który ma decydujący wpływ na to jak odbieramy wszystko co choć trochę wyłamuje się znanych nam schematów.
Sama nie jestem osobą słuchającą na codzień jedynie takiej muzyki – nigdy nie ukrywałam i nie mam po co ukrywać, że fascynuje mnie rock, muzyka elektroniczna, a także pop. Potrafię bez zmrużenia okiem mogę przejść jednego dnia od Lady Gagi i Michaela Jacksona do Pink Floyd, Soap&Skin, Bon Iver czy CocoRosie. W muzyce szukam przełamywania pewnego rodzaju barier, nie tylko kulturowych, ale też i duchowych. Muzyka awangardowa na pewno z powodzeniem łamie te pierwsze. A ja nigdy nie zawacham się nazwać artystą człowieka, który pokazuje innym jak te szlaki przecierać.
Na festiwalu zagrali:
Chris Cutler (UK)
C.3.3. (UK) - Paul Jamrozy, ex Test Dept
Steve Buchanan & Heike Fiedler (CH)
pathMAN (PL) - ex Atman
ZENIAL (PL)
HATI (PL)
środa, 28 marca 2012
Patronat Zagwozdki: IV CoCArt Music Festival w przybliżeniu

''Jak dla mnie to jakaś kosmiczna muzyka'' - taki komentarz przeczytałam pod jednym z artykułów o festiwalu CoCArt. Długo zastanawiałam się nad tym jakie czynniki wpływają na takie postrzeganie muzyki awangardowej przez szerszą publiczność oraz kiedy ja sama przestałam patrzeć na ten gatunek jak na ''kosmos''. Bo myślę, że każdy fan muzyki awangardowej ma za sobą czas, kiedy była ona dla niego kompletnie niezrozumiała. Czy edukacja odgrywa pierwszoplanową rolę w naszym procesie poznawczym? Nie do końca. Istnieją pewne nieuchwytne albo raczej niewyrażalne kwestie związane z naszym postrzeganiem muzyki oraz innych zjawisk artystycznych, których istoty nie jesteśmy w stanie zdefiniować.
Jak często spotykamy się ze zwyczajnym fundamentalistycznym przekonaniem, że tylko ''moja muzyka'' i to czego słucham jest dobre? Zbyt często. Poniżej znaduje się kilka linków do twórcości artystów, którzy lada dzień zawitają do Torunia by pokazać, że poza tym co leci w radio też coś się dzieje. I jest to równie ciekawe, godne uwagi i dobre jak ''nasza muzyka'' z mp3 czy ulubionej stacji. Wymaga tylko otwarcia naszcyh umysłów na zupełnie nowe doznania dźwiękowe i wizualne.
P.S Zachęcam do wybrania sobie najciekawszego waszym zdaniem artysty i poszukania o nim informacji oraz innych prac, bowiem z drugiej strony nie jestem też zwolenniczką usilnego ''lubienia'' wszystkiego co inne i trudne w odbiorze. Owocnych poszukiwań!
sobota, 17 marca 2012
IV CoCArt Music Festiwal już wkrótce w Toruniu!

''Muzyka jaką prezentujemy na festiwalu wymaga edukacji, wiedzy i uwagi''- tymi słowami kurator festiwalu IV CoCArt Rafał Kołacki określa problem z jakim muszą zmierzyć organizatorzy festiwali prezentujących muzykę awangardową. Niezbyt przychylne i nie do końca przekonane są także media, szczególnie te lokalne.Nie trzeba w takim razie mówić jaki stosunek mają do takich wydarzeń władze miasta...Problemy te jednak nie stanowią przeszkody, która powstrzymałaby organizatorów przed zorganizowaniem czwartej edycji festiwalu CoCArt. W ostatni dzień marca toruńskie Centrum Sztuki Współczesnej stanie się muzyczną stolicą nie tylko wojewódzstwa, ale być może i kraju, proponując słuchaczowi to, czego nie ma do zaproponowania nikt inny. Choć na naszej rodzimej mapie kulturalnej spotkamy się z wyjątkowymi imprezami promującymi muzykę awangardową, CoCArt charakteryzuje się niespotykaną jak na te imprezy różnorodnością. Poza szeroko pojętą muzyką elektroniczną spotkamy się tu z nową improwizacją czy muzyką akustyczną. Nurty te reprezentować będą wybitni i doświadczeni artyści z całej Europy.
''Muzycy i projekty, które pojawią się w CSW to naprawdę niezwykle doświadczeni artyści.Line-up co roku jest dobierany bardzo skurpulatnie. Wraz ze swoim projektem muzycznym Hati (współtworzonym wraz z drugim kuratorem festiwalu – Rafałem Iwańskim, przyp. Red) gramy na wielu koncertach i bacznie obserwujemy to co się dzieje w tym świecie. Już wtedy wyłapujemy to co uda nam się znaleźć najcenniejszego. Tu już zaczyna się swojego rodzaju praca kuratorska'' – mówi Rafał Kołacki.
A jakie perły wyłapali na czwartą edycję? Jest nią choćby nietuzinkowa artystka Heike Fiedler, tworząca za pomocą swojego głosu, papieru, mikrofonu i laptopa. Przedmioty te służą jej do stworzenia wielowymiarowej przestrzeni tekstu, którą sama określa jako improwiazacje. Nie jest to jednak jedyna artystka, która może zachwycić publiczność 31 marca: Chris Cutler, pathMAN czy Zenial to kolejne projekty, które powinny przyciągnąć widza na ten festiwal.
''Artyści dobierani są też pod względem ideologicznym. Nie chcemy by na festiwalu pojawiały się osoby bądź grupy głoszące neofaszystkowskie bądź skrajnie prawicowe poglądy. To dla nas ważne. Poza tym założeniem festiwalu jest też przedstawianie co roku innych artystów.''
Czy fanom muzyki awangardowej potrzeba jeszcze większej zachęty do odwiedzenia toruńskiego CSW 31 marca? Jeżeli nie, warto zapoznać się bliżej z line-upem festiwalu TUTAJ!
Etykiety:
CoCArt,
jazz festiwal,
muzyka eksperymentalna,
muzyka elektroniczna,
Toruń
piątek, 9 marca 2012
Patronat Zagwozdki: IV CoCArt Music Festival
Mam zaszczyt poinformować Was o niezwykłej imprezie muzycznej jakiej patronować będzie blog muzyczny Zagwozdka! Jest nią czwarta edycja CoCArt Music Festival, który skupia się wokół muzyki eksperymentalnej i awangardowej, przedstawiając wybitnych i ciekawych przedstawicieli tych gatunków z różnych zakątków świata.
Dla miasta Torunia jest to wyjątkowe wydarzenie - toruńskie kluby raczej rzadko promują tego rodzaju muzykę, a elektronika nie jest w tych rejonach szczególnie lubiana. Wyjątkowość tego festiwalu polega też gościach jacy co roku zjawiają się w mieście Kopernika by dać popis swoich możliwości.
W tym roku w Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu pojawią się:
Chris Cutler (UK)
C.3.3. (UK) - Paul Jamrozy, ex Test Dept
Steve Buchanan & Heike Fiedler (CH)
pathMAN (PL) - ex Atman
ZENIAL (PL)
HATI (PL)
Co jakiś czas będę wam przybliżać sylwetki artystów, którzy pojawią się w toruńskim CSW, a dziś zacznę pierwszym filmikiem, który powinien trochę rozjaśnić definicję muzyki eksperymentalnej i awangardowej, wszystkim tym którzy pierwszy raz się z takimi pojęciami stykają;)
Dla miasta Torunia jest to wyjątkowe wydarzenie - toruńskie kluby raczej rzadko promują tego rodzaju muzykę, a elektronika nie jest w tych rejonach szczególnie lubiana. Wyjątkowość tego festiwalu polega też gościach jacy co roku zjawiają się w mieście Kopernika by dać popis swoich możliwości.
W tym roku w Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu pojawią się:
Chris Cutler (UK)
C.3.3. (UK) - Paul Jamrozy, ex Test Dept
Steve Buchanan & Heike Fiedler (CH)
pathMAN (PL) - ex Atman
ZENIAL (PL)
HATI (PL)
Co jakiś czas będę wam przybliżać sylwetki artystów, którzy pojawią się w toruńskim CSW, a dziś zacznę pierwszym filmikiem, który powinien trochę rozjaśnić definicję muzyki eksperymentalnej i awangardowej, wszystkim tym którzy pierwszy raz się z takimi pojęciami stykają;)
środa, 7 marca 2012
Ciemna strona słońca według Jakuba Nox Ambroziaka

Z Kubą rozmawiałam dla portalu Wiadomości24.pl jakiś czas temu. Chciałabym przedstawić go jakby ponownie, z nadzieją, iż znajdzie on kolejnego fana swojej twórczości. Słuchacze spragnieni powiewu świeżości w polskiej muzyce elektronicznej powini szybko nadrobić zaległości i posłuchać jego nowego krążka.
Nox zaprezentował go światu paręnaście tygodni temu pod przewrotnym tytułem ''The Dark Side of the Sun''. W rozmowie ze mną opowiedział o swojej płycie, procesie tworzenia i tym, kim są dla niego słuchacze.
Ja:Nazwą płyty nawiązujesz w jakiś sposób do legendarnego 'The Dark Side of the Moon' Floydów?
Jakub Nox Ambroziak: Moja pierwsza płyta 'No album EP', często określana była mianem 'ciemnej strony księżyca'. Pomyślałem sobie, że w tytule nowej płyty zmienię "moon" na "sun", przez co krążek zmieni trochę charakter.
Sun (słońce) kojarzy się powszechnie z radością, a ten krążek do radosnych nie należy...
Tak, jest bardzo "surowy"... Nie chodzi tu o samo słowo "Sun" lecz "Dark Side of the Sun", co oznacza "ciemna strona słońca", która de facto nie istnieje.
Surowy, mroczny, nieco psychodeliczny... Trudno mi sobie wyobrazić sukces takiej płyty na polskim rynku muzycznym. Czego właściwie oczekujesz? Znalezienia stałej grupy słuchaczy? Spopularyzowania takiego rodzaju muzyki?
Mam już stałą grupę słuchaczy, staram się ją powiększać. Dla mnie dużym sukcesem jest sam fakt że "Noon" objął patronat nad projektem. A taka muzyka ostatnimi czasy jest coraz bardziej popularna w Polsce za sprawą choćby "U know me records".
Stacje radiowe jednak wciąż mają chyba jakąś awersję do ambientu, industrialu i tym podobnych, mniej znanych gatunków...?
Myślę, że trzeba tylko dobrze trafiać do odbiorcy. Grałem już w Radio Roxy, Radio Koszalin, w Czwórce, Kampusie i paru innych. Nie narzekam na zły odbiór materiału przez stacje radiowe. A jak przedstawia się to ogółem w Polsce? Naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić.
Nie interesuje Cię scena muzyczna na której tworzysz?
Interesuję mnie bardzo, na bieżąco sprawdzam nowe rzeczy z Warp Rec, U Know Me Rec, Brainfeeder czy Project Mooncircle. To bardzo uznane wytwórnie muzyki elektronicznej, reprezentujące muzykę na światowym poziomie
Mówiłeś, że tą płytę stworzyłeś dla siebie. Odważne podejście jak na tak młodego artystę. Kim jest dla ciebie w tym wszystkim słuchacz?
Słuchacz jest dla mnie recenzentem i odbiorcą. Muzykę tworzę dla siebie, a jeśli ktoś ją doceni, to tym bardziej jest mi miło. Aczkolwiek nie wymagam, aby komukolwiek podobały się moje kompozycje. Słucham dużo swojej muzyki, co daje mi sporo satysfakcji.
Jak wygląda u ciebie proces tworzenia muzyki? Możesz to opisać?
Nie chciałbym zdradzać wszystkiego... Pozostańmy może przy tym, że w swoich kompozycjach używam dużo sampli z płyt winylowych, trochę syntezatorów, fragmentów z filmów, czy własnoręcznie nagrywanych dźwięków. Wszystko to miksuje w programie FL Studio.
To od strony technicznej, a co się dzieje w głowie? Inspiracje? Włączając sprzęt, wiesz już co zrobisz czy to rodzi się dopiero później?
Inspiruję się innymi utworami, staram się z bazy dźwięków, które posiadam, stworzyć coś czym się emocjonuję, co mnie obecnie fascynuje. Nie mam zwykle w głowie utworów od A do Z. I często kawałki powstają pod wpływem impulsu, chwili. Chociaż nie zawsze tak jest. Czasem nad utworem pracuję pół roku, a czasem 10 minut, nie ma na to reguły
Czego możemy się spodziewać w związku z promocją płyty? Jakieś teledyski? Występy na żywo?
Tak, planowane jest nagranie teledysku na przestrzeni lutego/marca. Mam też sporo zaproszeń na granie koncertów live, jednak jestem bardziej nastawiony na pracę w studio. Rozpocząłem też prace nad czymś nowym.
Nowym albumem?
Tak dokładnie, ale nie chce nic więcej zdradzać. Tym razem będzie to coś zupełnie innego.
W takim razie nie będę naciskać. W ostatnim zdaniu wywiadu zawsze daję chwilę dla artysty. Jakbyś miał przekonać ludzi do kupna swojego albumu, to co byś powiedział?
Powiedziałbym, że warto mieć ten album w swojej kolekcji po pierwsze ze względów estetycznych, a po drugie dlatego, iż zawarty na niej materiał jest podsumowaniem mojej działalności w 2011 roku. Jednocześnie też EPka ta zamyka pewien etap w mojej twórczości, a otwiera nowy. Każdy ceniący sobie dobrą polską elektronikę słuchacz powinien mieć ten album na półce.Utwory z krążka ''The Dark Side of The Sun'' możecie posłuchać TUTAJ!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



